środa, 18 lipca 2018

Dowód (Bardzo) Osobisty

Zanim zaczniemy... Odszukaj proszę swój dowód osobisty. Masz? Obejrzyj go zatem dokładnie. 
Twoje zdjęcie, nie lubisz na nie patrzeć, albo wręcz przeciwnie! Znajdziesz swoje dane, numer PESEL i kilka innych przydatnych informacji. 

Dobrze, zatem wyruszamy tam gdzie nogi poniosą! 

Dzień jest naprawdę piękny, obłoki białe niczym cukrowa wata leniwie przesuwają się po niebie. Jestem w Jurkowie, sercu Beskidu Wyspowego. Co raczej nie jest powodem do dumy, nie posiadam mapy tego pasma górskiego. Sprawdziłem szlak na telefonie, zapisałem potrzebne informacje. Cel był jeden - Mogielica! Szlakiem niebieskim... O tu, zaraz za mostem, miałem skręcić w prawo... nie. Nie, nie nie. Coś schrzaniłem. Wracam zatem do punktu wyjścia, i jeszcze raz analizuje wycinek mapy... Wtem jak z podziemi drogę zajeżdża srebrny Fiat Panda! Starszy Pan kierowca, zagaja gdzie idę?
-Na Mogielicę, tutaj gdzieś zaczyna się niebieski szlak... Może Pan wie gdzie, bo za mostem nie mogę go odnaleźć.
Kierowca ani myślał udzielać mi topograficznych informacji. Jednak w działaniu był bardzo konkretny i stanowczy. 

-Wsiadaj Pan, ja Pana zawiozę wyżej. Tam jest taka droga na skróty... Albo nie! Tam jest też jakiś inny szlak, szybszy, po co tracić czas! 
Nie odmawia się w takich sytuacjach, chciałem przygodę, to będzie przygoda! Wsiadam, zapinam pasy, ruszamy! 

Kiedy miałem kłopoty, kiedy coś mnie przytłaczało, kiedy nie miałem siły, żeby poradzić sobie z piętrzącymi się problemami, zawsze z tęsknotą wyglądałem na góry. Zawsze pomagało! Dlaczego? Bo one są niezmienne, i co by się nie działo te szlaki cierpliwie będą na Ciebie czekać. Przyjdzie ten dzień, kiedy na nie wrócisz, docenisz ich wartość jeszcze bardziej! 

Starszy Pan wypytuje mnie skąd jestem, co tutaj robię. Gadka klei nam się bardzo dobrze! Szybko odnajdujemy wspólne tematy. Gawędzimy o pierwszej Wojnie Światowej! A co! Mój rozmówca był biegły w tym temacie i znał historię swojej małej Ojczyzny! Jego samochód dzielnie pokonywał strome podjazdy. W mgnieniu oka byliśmy "na miejscu"! Przynajmniej tak oznajmił kierowca. Ja jeszcze wtedy nie podzielałem jego entuzjazmu...

Twój dowód osobisty mówi o Tobie wszystko. Nawet to, co próbujesz skrzętnie ukryć. Mówi kim jesteś, gdzie się urodziłeś/urodziłaś. I już w tym miejscu, dociekliwy rozmówca, może zadać pytanie, co to za miejsce, i co Cię sprowadza w inne zakątki Polski czy świata. I nic bardziej nie irytuje mnie w takiej chwili, jak zwykłe pozerstwo i udawanie kogoś innego. Bo to skąd pochodzisz drogi czytelniku, jest Twoim największym powodem do dumy! Bo to jest Twój dom, Twoja mała ojczyzna, i nie wymażesz jej ze swojego życia nigdy! Twój dowód osobisty Cię zdemaskuje. 

Żegnam machnięciem ręki, dobrodusznego Pana, który jak się okazało bardzo mi pomógł! Jestem na Przełęczy Edwarda Rydza - Śmigłego. Stoję na w miejscu ochrzczonym krwią walczących Legionów Polskich podczas I wojny Światowej, a dokładnie Operacji Łapanowsko - Limanowskiej.
Tutaj odnajduje szlak zielony, i chociaż tabliczka informacyjna uparcie twierdzi, że na szczycie będę za dwie godziny, to ani mi się śni uwierzyć jej na słowo! Nie uwierzycie jak tego mi brakowało. Na szczyt prawie wbiegłem, czas operacyjny - jedna godzina! Teraz pora poleniuchować...
Mogielica to przede wszystkim najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego (1170 m n.p.m.), zaliczana do Korony Gór Polski, posiadająca 20 metrową wieżę widokową, oddaną do użytku w 2008 roku. 
To również teren działań podczas obydwu wojen światowych. Podczas tej drugiej, pobliskie polany były wykorzystywane jako miejsca zrzutów zaopatrzenia dla walczących partyzantów. 
Mogielica nazywana jest również przez miejscowych "Zapowiednicą", ponieważ tuż przed burzą, nad wierzchołkiem gromadzą się czarne chmury, zapowiadające zmianę pogody. 

Odnajduje niebieski szlak, i wracam powoli do Jurkowa... Piękny to był dzień. Taki który na pewno pozostanie w pamięci. Szedłem sam, i układałem sobie w głowie wszystko od nowa. Zmieniło się wiele, chociaż tak naprawdę nie zmieniło się nic! Jestem znów na szlaku i cieszę się tym ze wszystkich sił! :)
Z Mogielicy na koniec świata.


Przełęcz Edwarda Rydza - Śmigłego
Miejsca upamiętniające Legiony Polskie walczące tu, w 1914 roku.


To mój dowód bardzo osobisty. To mój szlak którym idę już ładnych parę lat. To mój dom, to moja rodzina i przyjaciele. To moja pasja. To literki i cyferki zapisane na plastikowej karcie, których nigdy nie będę się wstydził!

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Zgubić się, by się odnaleźć.


Lubię wytrawne wino, podobnie jak uwielbiam wytrawne podróżowanie, i niebanalne miejsca wycieczek. Nie przepadam za winem słodkim, podobnie jak odrzucają mnie cukierkowe miasta, bogate dzielnice, suto zastawione stoły modnych knajp. 
Miłośnik słodkich win, tylko skrzywi się, czując cierpki mocno wytrawny smak w ustach. Podobnie postąpi ten od win wytrawnych czując słodki aromat. Można jeszcze pójść na kompromis, wybrać coś półsłodkiego, ale pełnej satysfakcji nie odczuje nikt. 

Czuję, że coś się za chwile urwie. Nie wiem. Koło się urwie, czy po raz kolejny zgubię wydech. Kiedyś sobie sprawie terenówkę. Jedno z moich wielkich niezrealizowanych marzeń! Tymczasem drogę z Jaślisk do Lipowca pokonuję z zawrotną prędkością, momentami dając upust fantazji, i przekraczając 10 km/h. Co jest takiego niezwykłego w tym Lipowcu? Na pewno liczba stałych mieszkańców! Oficjalnie zameldowane są 3 osoby! W roku 1880 stałych mieszkańców było 580... Później to już pasmo nieszczęść. Najpierw front wschodni pierwszej Wojny Światowej spustoszył te tereny. Gdy już wróciła względna "normalność", wycofujący się Niemcy podczas II WŚ zniszczyli ponad 60 zabudowań wioski... Mieszkańcy po nachalnej agitacji Radzieckiej Komisji Przesiedleńczej wyjechali na wschód... Dzieła dopełniła sotnia Hrynia, paląc to, co się ostało. Lipowiec przestał istnieć. Odrodził się już jako Państwowe Gospodarstwo Rolne, życie na moment jeszcze wróciło. Ale już był to sztuczny twór. PGR upadł.  

Opuszczone zabudowania PGRu w Lipowcu.   

Człapie sam prze tą opuszczoną dolinę. Czuję tylko krople potu na skroni. Co chwila zdejmuje kapelusz, przecieram czoło, słońce praży niesamowicie. Tylko ten las. Ten las nie jest jak każdy inny. I ta dolina też nie. Drzewa gęsto pokrywają szczyty, ale dno doliny jest z nich zupełnie ogołocone, pokryte bujną łąką. Już się domyślasz? 
To nie przypadek. Kiedyś tam gdzie teraz rośnie trawa, stały domy. Dolina została wykarczowana, by móc zbudować zagrody, oraz pozyskać tereny uprawne. Teraz gdy to co materialne przeminęło, tylko granica lasu jest wyznacznikiem życia które niegdyś tu tętniło.  
Tutaj też możemy odnaleźć ślady Andrzeja Stasiuka! Czy ten znak jest na cześć jego książki "Jadąc do Babadag"? Tak mniemam! :) 
I gdy już tak bardzo się gubisz. Odpływasz daleko od biegnącego świata, idziesz niemal schematycznie przed siebie... nagle, słychać znajome górskie przywitanie! CZEŚĆ! Tak oto na mojej drodze pojawia się Iza i Tomek! szalenie sympatyczna para! Wędrujemy w tym samym kierunku, szukamy tego samego - świętego spokoju! Gawędziło nam się wybornie! O Łemkach, o górach, o historii, pasji, odkrywaniu takich miejsc ja to! Iza wędrowała szlakiem Świętego Jakuba, Tomek ma taką podróż odbyć niebawem. Jeśli to czytacie, to wiedzcie, że trzymam mocno kciuki! 
Tymczasem rozstajemy się na granicy Polsko - Słowackiej. Nie idę dalej. Powoli zawracam, chcę jeszcze nacieszyć się dzikością tego miejsca. Tak oto zatrzymuję się w wiosce Czeremcha...
Jej historia bliźniaczo spaja się z losami Lipowca. Niszczona podczas obydwu wojen, wysiedlona...
"Graniczny" krzyż. 

Kto oglądał  "Wino Truskawkowe" ten wie, gdzie jeszcze można poczuć Czeremchowy klimat! 
Wracam powoli, odnajduję się. Niema nic bardziej wytrawnego, niż Beskid Niski. uwielbiam te miejsca, bo nic nie jest podane na tacy. Kiedy chcesz zrozumieć ich piękno, musisz wpierw dać coś od siebie. Już sam fakt, przybycia do takiego miejsca jak Lipowiec, świadczy o sporej fantazji!

Lubię wytrawne wino. Jest cierpkie, czasami kwaśne. Jednak kiedy się skupisz, poczujesz jego potężny aromat, kompozycję dymu, czerwonych owoców, tanin. Wszystko zależy od szczepu, winnicy, gleby, beczki. Lubię wytrawne wino, bo nie jest banalne i proste!



poniedziałek, 7 maja 2018

Młodość w kolorze hechtgrau


Kilka, może kilkanaście metrów ode mnie łupło tak mocno, że aż zadzwoniło mi porządnie w uszach. Nagle słońce niemal zgasło, skryło się za potężnym pióropuszem dymu oraz ziemi wyrzuconej w powietrze. Leżę w trawie i przyciskam tylko mocniej głowę do ziemi. Jeden... dwa...trzy... czteryyyy i tylko czuję jak ta przed momentem szybująca w górę masa pyłu opada na mnie z impetem, niemal przysypując zupełnie. Głosy, krzyki, ferwor, podnoszę się zwinnie i przeskakuję o kilka kroków do przodu. Po prawej stronie grupa żołnierzy jednocześnie i wypala salwą wprost w kierunku Carskich okopów! Ciężkie karabiny maszynowe terkoczą jak oszalałe! Znów daje o sobie znać artyleria! Kocioł! Leżę w trawie, próbuję przeczołgać się trochę wyżej, moi kompani są obok, czas na atak! 

Krawcowa naprawdę zna się na swojej robocie. Gdyby urodziła żyła w tamtych czasach, to zapewne nie jedne Austro - Węgierski szwej, paradował by w mundurze z pod jej ręki! Czekałem cierpliwie na swoją kolej i jest! Powoli zakładam poszczególne elementy munduru. Spodnie koniecznie z szelkami, owijacze, koszula biała, bluza z rakowymi wyłogami, pas główny przyozdobiony piękną klamrą z dwugłowym orłem. Do tego ładownice, bagnet, chlebak, manierka. Buty - brązowe opinacze z demobilu i koniecznie charakterystyczna czapka z bączkiem!   

O co tak naprawdę chodzi? W 1915 roku pod Gorlicami rozegrała się jedna z najkrwawszych bitew I Wojny Światowej na froncie wschodnim. Armia Austro - Węgierska wpierana przez Cesarstwo Niemieckie, skutecznie aczkolwiek bardzo krwawo odparła siły Imperium Rosyjskiego przesuwając linię frontu stopniowo coraz bardziej na wschód. Front Rosyjski został przerwany, a kontrofensywa nie została nigdy przeprowadzona. Tereny Galicji zostały usłane setkami żołnierskich cmentarzy, skrytymi nieraz gdzieś w lasach Beskidu Niskiego. Gdy już natrafimy na któryś z nich, odgadniemy bez trudu istotę tego tekstu. Na wielu tabliczkach, choć imiona zostały zapisane w języku niemieckim, nazwiska poległych zmienić się nie dało. Tam pochowano tysiące Polaków, wcielonych czasem siłą, a czasem jako ochotników do armii zaborczych!
Gwizdek! Dowódcy tak dają znak, by ruszyć przed siebie. Wszystko niemal jak wtedy, 103 lata temu. Chociaż to rekonstrukcja Bitwy pod Gorlicami, to adrenalina daje o sobie znać. Ruszam! Stosy siana płoną, w ręku trzymam rosyjskiego Mosina. Tylko właśnie ta broń trochę się nie zgadza. Austriacy używali Mannlicherów. Strzały, huk, artyleria, skwar. Otwieram zamek i ładuję karabin amunicją hukową. Celuję.... Muszka....szczerbinka... strzał... kolba z impetem odbija się od mojego barku. Momentalny pisk w uszach. Otwieram zamek, łuska wyskakuje w powietrze... lufa karabinu staje się coraz bardziej gorąca. Ładuje i podbiegam do zasieków. Koledzy są obok mnie, tylko dobrze wymierzyć... strzał!


Bo kto o nich ma mówić? Kto ma przypominać? Muszę to robić ja, ale również i TY! Bo to wydarzyło się na terenach NASZEJ małej Ojczyzny.... Chylę czoła przed prawdziwymi pasjonatami z Grupy rekonstrukcji Historycznej Gorlice 1915, którzy od 7 lat, co roku w ogromnym trudzie i poświęceniu własnego czasu, przygotowują rekonstrukcje tej wielkiej bitwy... Rok temu byłem widzem. Teraz mogłem stanąć ramie w ramie razem z nimi... to dla mnie ogromne wyróżnienie.
Sama rekonstrukcja, to szczypta aktorstwa, trochę udawanego bólu. Świetna lekcja historii i przyjaźnie z ludźmi o podobnych zakręconych pasjach co Twoja! Rekonstrukcja jednak kiedyś się kończy, widzowie wracają do domów, karabiny zostają zdane... Zanim jednak zdjąłem mundur, przypomniałem sobie wielokrotnie powtarzaną sekwencję. Zamek, nabój, ryglowanie, mierzenie i strzał... Jak łatwo jest strzelić... Jak ciężko walczyć o to, by nigdy do takiego prawdziwego strzału dojść nie musiało i jak łatwo jest zapominać o tym, co w Galicji wydarzyło się naprawdę...

środa, 25 kwietnia 2018

Do trzech razy sztuka.

Mówią: "Do trzech razy sztuka". Tak żebyś nie zniechęcił się po pierwszym, czy drugim niepowodzeniu. Moim zdaniem "sztuka", zaczyna się gdy robisz coś po raz dziesiąty, dwudziesty, setny, nie zniechęcając się, a wręcz czerpiąc z tego nieustającą satysfakcję! 
Tak zastanawiałem się, o czym tym razem napisać. Ostatnio górskich wyzwań i tułaczki u mnie, nie za wiele. Mógłbym odgrzać kotleta, i opowiedzieć jakieś swoje wspomnienie, czy którąś z przygód, które już dawno za mną. Jednak to jeszcze nie czas na to, może kiedyś, ale nie teraz.
Tak snułem się przez korytarze swojego nowego miejsca pracy. Pomysł przyszedł totalnie niespodziewanie! Do rzeczy! 

Moja pamięć jest dziwna, niby nie jestem wzrokowcem, a niby jestem. Mógłbym pokreślić wszystkie notatki kolorami tęczy. Nic to nie da. Jak coś nie chciało wejść do głowy, albo ja nie chciałem żeby weszło, to kolory na nic się zdawały. Za to kiedy jestem w górach, mój mózg podświadomie zapamiętuje setki szczegółów, drobnych, nieznaczących punktów. Mimowolnie moje oczy przyswajają widoki drzew, kamieni, polan czy strumieni. I kiedy po nawet długim czasie, ponownie odwiedzam jakiś szlak, retrospekcja zdarzeń, z jego poprzedniego przejścia układa się sama. Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć. Nie wiem nawet czy w adekwatny sposób wyrażam, to co dzieje się w mojej głowie, pisząc o tym. Po prostu idę, i już wiem, że za tym drzewem, to jeszcze około 20 minut do szczytu, a za tą polaną będzie rozwidlenie. 
Każdy z nas ma takie swoje ulubione miejsce, bądź miejsce z którym jest sentymentalnie związany. Miejsce które odwiedził wielokrotnie, i chociaż zna je na pamięć, lubi tam wracać. Może to jakiś szczyt, może budynek, kawiarnia, park, kamień nad rzeką... 
Ktoś mógłby teraz wysnuć tezę, że skoro tak kocham Beskidy, to takie moje ulubione miejsce musi znajdować się właśnie w tych górach. I otóż moi drodzy... nie!
 Miejsce, właściwie szczyt, który odwiedziłem już dziesiątki razy, o każdej porze roku, zarówno w dzień, jak i nocą. W upalnym słońcu oraz ciężkich deszczowych chmurach, a nawet w totalnej mgle, to Trzy Korony w Pieninach! Taki paradoks. Z drobnymi wyjątkami, zawsze wdrapuję się od strony Krościenka. 
Co ja nie wyprawiałem już na tym szlaku... przeżyłem tam naprawdę wiele... Była totalna ślizgawka, na mocno zmrożonym śniegu, tam też uczyłem się popranie chodzić w rakach. Było siedem czy osiem wyjść nocnych, by podziwiać wschód słońca. Były wielokrotne próby bicia własnego rekordu wyjścia, w jak najkrótszym czasie... Nie policzę ilu znajomych tam wprowadziłem, ilu ludzi na tym szlaku poznałem... Tak naprawdę nie wiem ile razy sam zdobyłem ten szczyt. 
Dlaczego tam wracam... No bo jakoś tak! Bo jest to przyjemny szlak, bo mam blisko, bo mogę szybko zdobyć jakiś naprawdę ładny szczyt, a resztę dnia poświęcić obowiązkom.... Bo nie wyobrażam sobie roku bez zdobycia 3K. 

Nie jest, to dla mnie jakiś mega wyjątkowy szczyt, ale lubię tam wracać. 
Wschód Słońca nad pasmem Radziejowej.
Wymarzone morze mgieł...

Morze mgieł widziane ze szczytu,
Kiedyś uparłem się, by zobaczyć słynne morze mgieł. Zjawisko niezwykle rzadkie, dające poczucie gdy jesteś na szczycie, że wspiąłeś się ponad chmury. Podejmowałem sześć prób nocnego wyjścia, by o wschodzie słońca ujrzeć, ten wymarzony widok. Udało się za siódmym razem. 
Czas na podsumowanie. Idź wędrowcze i nie zniechęcaj się ani na chwilę! Bo naprawdę nigdy nie zobaczysz sobie znanych szlaków w dokładnie taki sam sposób jak dzisiaj. Nigdy Twoja wycieczka nie będzie odbiciem jak z kalki, tego co było! Bo to właśnie jest natura, to właśnie są nieposkromione góry. I jeśli kochasz, to wracaj! Nie patrz na to co robią inni, nie patrz na to, co w tym sezonie "warto zdobyć". Bo wędrówka ma sprawiać radość Tobie, nikt za Ciebie nie wyleje litrów potu, by zdobyć szczyt!

sobota, 31 marca 2018

Nowy kierunek

Strasznie zimno. W dodatku wiatr potęguję odczucie chłodu. Ściągam rękawiczkę tylko na chwilę. Pod kurtką, w kieszeni na sercu schowaną mam niewielką busole, w ciemnozielonym kolorze. Wyciągam ją, otwieram wieczko. Igła delikatnie się kręci, jeszcze nie wie jaki kierunek wskazać. Kładę kompas w rogu mapy. Określam kierunek marszu. 

Z geografii znamy cztery podstawowe kierunki geograficzne. Nawet jeśli nie potrafimy ich odpowiednio użyć, to na "chłopski rozum" możemy wędrować palcem po mapie, w cztery podstawowe strony świata. Tak naprawdę bardzo uproszczając. Możemy też spojrzeć w niebo, dostrzec przelatujący samolot. Człowiek jednak własnymi siłami nie dostanie się w przestworza. Nie mamy skrzydeł. 

Jest bardzo późno, chyba już po północy. Omijamy autostradę, żeby uniknąć bramek. To już Śląsk. Totalnie nie wiem gdzie jestem. Miejscowość nazywa się chyba Lędziny. Irek zna te tereny dużo lepiej. Droga tak wąska, że jeden samochód ledwo się na niej mieści. Wyminięcie rowerzysty było by problemem. Pnie się dość mocno w górę. Szczyt. Kościół. Zastygam. 

Czarne złoto, wungiel, czy też węgiel. Kopalnie, huty, cegielnie, przemysł ciężki. Silesia, zlepek tak wielu różnych miast, tak naprawdę jeden wspólny organizm. Setki bloków, zurbanizowany krajobraz połączony z wszechobecną zielenią. Ulice, aleje, torowiska, niczym żyły i aorty jednego ciała. Chcesz odnaleźć serce? Ono jest. Potężne, ponadczasowe, tak piękne, że wielu oddało dla niego swoje życie... Musisz wpierw jednak odnaleźć do niego drogę. Kompas na nic się nie przyda. to nowy kierunek. Piąta Strona Świata jak rapował Miuosh. Jest tuż po Twoimi stopami. Musisz ruszyć pod ziemię...

Lędziny, już po północy. Stoję jak wryty. Odpalam papierosa. Pod moimi stopami bezkres świateł. Gdzie nie spojrzę, na horyzoncie malują się kominy. Tak charakterystyczne, bo podświetlone na czerwono. Jestem blisko serca. 

Pod stopami kamienie i ziemia, wymieszane z węglem. Tak naprawdę to nawet ta ziemia już przesiąkła czarną barwą. To hołda. Nie znam się za dobrze na kopalnianej rzeczywistości, jednak hałda/hołda , to taki odpad z urobku. Zbędna, nie nadająca się do niczego masa. Powstała podczas drążenia nowych tuneli/chodników. Powstała jako efekt uboczny oczyszczania wydobytego węgla - czarnego złota. Hołda.... to taka sztuczna góra... wiele tysięcy ton niepotrzebnej materii, składowane w pobliżu kopalni. Jeszcze jedna ważna cecha hołdy. Ona żyje! Rośnie! Płonie. Gaśnie. Wypuszcza z siebie kłęby dymu. Chłonie wodę, by na chwilę uspokoić swoją naturę. Ziemia wyrwana z podziemi. 

Piękno jest tak bardzo subiektywne. Każdy jeden człowiek mógłby je zdefiniować w inny sposób. Czy tak industrialny krajobraz może być piękny? Może. Spójrz na to z innej strony... Jak wielka musi być determinacja człowieka, by odkryć piątą stronę świata! By ruszyć w głąb ziemi. Jak wielka potrzebna jest wiedza, by wydrzeć ten schowany przed oczami skarb. 


Dla ilu ludzi kopalnie, elektrownie, węgiel stanowi tu całe życie? Dla ilu to rodzinna tradycja, gdzie górniczy mundur jest relikwią najświętszą? Ile rodzin z nienawiścią spogląda na każdy górniczy szyb? Bo mąż, ojciec zjechał pod ziemię ostatni raz, i już spod niej nie wrócił. Dla ilu ten industrial to sens życia? Dla ilu to pasja? Dla ilu to największa porażka? Dla jak wielu, to blizna? Kto dostrzega w tym piękno, a kto dymiące potwory?
Musisz zlepić te różne pytania w całość. Weź je ze sobą na szczyt hołdy, przemyśl je. Dostrzeżesz piękno tych miejsc.

To co skryte dla oczu jest najpiękniejsze. Szkiełko i oko nie pozwolą Ci dostrzec tych setek kilometrów tuneli, wydrążonych pod ziemią przez człowieka... Ale one tam są! Piąta strona świata.
KWK Kostuchna

W zasięgu ręki Kopalnia Węgla Kamiennego Kostuchna. Początek drogi serca. W dół. Masz ciepłą wodę w kranie? Na Twoim biurku stoi zapalona lampka? Bardzo prawdopodobne, że ktoś właśnie w tym miejscu ruszył w dół. Dla Ciebie. Czy wrócił? A może tym razem Ziemia upomniała się o zapłatę? Nie wiem...

niedziela, 25 marca 2018

Kolorowanie świata

Stało się! Nigdy w życiu bym siebie o to nie podejrzewał. Piszę pierwszy tekst na własnego bloga...
Założyłem go co prawda jakiś rok temu, równolegle z Facebookowym Fanpage'm o tej samej nazwie. Nie mniej jakoś trudno było mi zaakceptować, przekonać samego siebie do użycia pióra, tudzież klawiatury, w celu stworzenia pełnowymiarowego tekstu. 
Miejmy to więc za sobą już... 

Siedzę w przytulnej sądeckiej kawiarni, pachnie kawą, światło jest bardzo słabe. Kolory zdają się być ledwo wyraźne, przydławione, matowe... jest to jak najbardziej adekwatne!

U podnóży Hali Łabowskiej.

Trochę jak w życiu... Nasz świat zamknięty w ramach rytmu codziennego. Znam to doskonale! Jest jednak coś w życiu człowieka, co pozwala wyrwać się szponom rutyny. Coś, co pozwala dosłownie i w przenośni odfrunąć... Trzeba być tylko cierpliwym. Trzeba szukać. Trzeba sprawdzać. Trzeba być bardzo bardzo uważnym, jeśli chcemy odnaleźć pasję!

Próbuję teraz sięgnąć pamięcią jak to było w moim przypadku. Kiedy to właściwie się zaczęło... Kiedy góry, podróże, a w szczególności chęć odkrywania miejsc zapomnianych zdominowały moje myśli. Byłem zupełnie niedoświadczony, nie posiadałem niczego, co mogło by ułatwić moje wędrówki. Uczyłem się na własnych błędach. Ale zdobywałem coś najcenniejszego na świecie! Zdobywałem wiedzę... Trzy Korony w trampkach? Jasne! Idę! Drugi raz już takiego błędu nie popełniłem. Świat górskich wędrówek, bezkresnych lasów i rwących strumieni zaczął nabierać barw. Barw których nie byłem w stanie sobie wymarzyć, wyobrazić, poczuć...
Pojawiło się coś jeszcze... Po raz pierwszy w życiu poczułem głód poznawania. Najpierw delikatny głód kolejnej wycieczki, gdziekolwiek. Później chciałem zdobyć kolejny upatrzony szczyt, kolejne pasmo górskie. Zobaczyłem coś latem? No to trzeba to powtórzyć zimą! I wiosną, i jesienią!
Mało?
To trzeba wybrać się tam na noc! Pokolorować świat wschodem i zachodem słońca! Wciąż więcej i więcej!
Serce targało wciąż przed siebie chociaż świat nie raz chciał zdławić mój zapał. Było już jednak na to za późno. Przepadłem. Poznawałem dokładnie historię odwiedzanych miejsc. Poznaję ją po dziś dzień, co chwila wytrzeszczając oczy zaskoczony nowymi faktami. Południe Polski to mój dom. Beskidy to moje miejsce...
Kolejna książka, kolejna mapa, przewodnik czy zapoznany na szlaku wędrowiec, dodawał kolejną barwę do mojej układanki. Człowiek ma ten wspaniały dar malowania obrazów. To w jaki sposób chcesz to zrobić, zależy tylko od Ciebie! To jaką masz technikę to Twój wybór. Nie martw się. Możesz to robić także słowem.

Cerkiew pod wezwaniem Opieki Bogurodzicy w Chyrowej.

Nie potrafisz? A próbowałeś?

Nasz świat zamknięty w ramach rytmu codziennego. Ciężko czasami otworzyć rano powieki, a barwy są tak bardzo blade. Tak, też to czuję. Jednak im większy zgromadzisz bagaż kolorów zaczerpnięty wprost z górskich szlaków, tym prościej znaleźć w sobie siłę, żeby rano zrobić ten pierwszy krok.
Brzmi banalnie trochę. Jednak możesz być pewien jednego. Góry, one tam są nadal, a dzień żeby tam uciec chociaż na chwilę, nadejdzie...